06 stycznia 2010

Sprawy pozostawione same sobie...

... dążą do rozkładu. Działają przeciw nam. Niszczą wszystko co sobie wcześniej poukładaliśmy, choć myślimy, że tak już będzie zawsze poukładane. Być może jest to podobne do którejś z zasad termodynamiki, albo może jakiejś innej (nie pamiętam, bo termodynamika była w piątek na ostatnich dwóch lekcjach, więc my byliśmy z kolegami wtedy już w pociągu w kierunku na weekend w górach). Jakby nie było sprawy bardziej złożone bez kontroli z zewnątrz zawsze będą się rozprężać, niszczeć i rozkładać na mniejsze.

I nie dotyczy to jedynie namacalnych rzeczy, które jest w stanie objąć fizyka. Nasze sprawy również temu prawu się poddają, jak piłeczki wyrzucone na podłogę z wielkiego kosza. Gdy się to dzieje zwykle próbujemy je pozbierać machając, rękami tu i tam w popłochu. Rozdygotani i zmartwieni po jakimś czasie rezygnujemy. Siadamy, aby zebrać się do kupy lub nie.

Na szczęście jest jeszcze On, któremu możemy wszystkie (sic!) swoje sprawy oddać pod kontrolę. I na pewno jest to lepsza kontrola niż nasza. Warto zadbać o Jego sprawy w swoim życiu, choćby dlatego, że wtedy On zadba o moje sprawy. Przecież obiecał, a nigdy nie kłamie.

Nie da rady? Zapomni? Nie. Od milionów lat dba, aby każda z tysięcy planet biegała po swoim torze, aby żadna gwiazda nie zderzała się z inną gwiazdą. To dla Niego wysiłek? Nie! Po prostu On tak chce i tak jest.

Czy w związku z tym nie lepiej jest oddać swój mały kosmos Temu, kto wszystkie kosmosy trzyma od zawsze w wielkim porządku i spokoju. Lepiej... ale... to może później, bo teraz nie mam czasu, bo tyle spraw mi się rozchodzi, a tyle nowych jeszcze przychodzi. I kłopoty. I zima i to i tamto. Wszystkie te piłki rozbiegane we wszystkie strony. Muszę pozbierać. Sam.

No to zbieraj... ;)

Brak komentarzy: