Wiele wskazywało, że nie zdążymy przed końcem marca, ale stało się inaczej. Dziś w nocy po godzinie pierwszej już 31 marca, wyszliśmy z krakowskiego studia "19" z materiałem na pendrivach i cedeczkach. Wiele w tym zasługi Wojtka i Jurka, którzy dzielnie pracowali nad naszą muzyką. Tym bardziej, że Wojtek dodatkowo zagrał nam perkusję do wszystkich utworów.
Po krótkim pożegnaniu: "dzięki za dźwięki" ruszyliśmy do domów zastanawiając się co dalej. Nie mamy nadal tytułu płyty, tym bardziej okładki do niej. Spłukani z funduszy na studio, nie mamy za co jej wydać. Nie takie jednak trudności pokonywało się w przeszłości, więc i te przejdziemy. :) Szczególnie, że są już jakieś pomysły. :)
A o tych pomysłach niebawem będziemy informować. Bo może i Wy pomożecie nam ją wydać. :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
31 marca 2015
27 marca 2015
To czego nie ma - czyli z cyklu: "Co by było gdyby..."
Zainspirowany przez nocnego grajka, postanowiłem wznowić pisanie. Nawet jeśli nikt tego czytać nie będzie, to chociażby dla siebie. Dobrze się czuję w pisaniu, więc niezbyt zrozumiałe jest, czemu to zarzuciłem. No wiadomo... nie ma czasu. Ale jak się czegoś chce, to i czas się znajdzie.
Jedna z naszych piosenek, której urosły już wąsy, a nawet i broda, pojawi się znowu na najnowszej płycie. Mowa tu o utworze: "To Czego Nie Było", który zagraliśmy między innymi w Chęcinach w 2008r. Więc pojawił się już na drugiej naszej płycie koncertowej, tzw. "błękitnej".
Pierwszy raz z tą piosenką wystąpiłem jednak solo w 1990 roku na wojewódzkim przeglądzie kapel rockowych. Mieliśmy wystąpić tam całym zespołem, ale zespół, mówiąc delikatnie, nie trzymał się kupy. Nie mniej jednak, zachęcony przez opiekuna muzycznego, pojechałem sam. I nie żałuję.
Potwierdziło mi się wtedy przysłowie, "umiesz liczyć, licz na siebie". Nie sugeruje ono oczywiście, że to ja jestem tym na którego barkach leży cały świat, ale jedynie to, że jak chcesz coś zrealizować, to nie oglądaj się na innych. Szczególnie na tych, którzy nie idą tą samą drogą co ty.
Ale to nie o tym chciałem napisać, choć o temacie powiązanym i z piosenką "To Czego Nie Było", jak i z pamiętnym występem sprzed dwudziestu pięciu laty (szok! 25 lat!).
Na wspomnianym przeglądzie, mimo samych kapel rockowych różnej maści dookoła, zmieściłem się też ze swoim repertuarem solowym. Nazwali to co robię "ballada rockowa". Niech im będzie. Spodobało się. Przywiozłem wyróżnienie.
Tamtejszy festiwal wygrał zespół bez wokalisty. Nazywali się Electrick Shock i grali dobrą rockową gitarową muzykę. Podobało mi się, choć nie rozumiałem, czemu nie ma wokalisty. Ale grali tak dobrze, że rzucili jury na kolana i dostali pierwszą nagrodę.
Po jakichś dwóch latach, spotkałem w jakiejś knajpie perkusistę z tamtego zespołu. To on mnie poznał i się przypomniał. I opowiedział historię, jak szukali mnie po tamtym wydarzeniu. Spodobało im się to co ja robię i jak się okazało, szukali wokalisty od dłuższego czasu. Niestety wszyscy z którymi mieli do czynienia nie spełniali ich oczekiwań. Nie znaleźli też mnie (to były czasy, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, ani tym bardziej internetu). Na przeglądzie było tak dużo emocji, że jakoś nie zdarzyło nam się porozmawiać. Po pewnym czasie z powodu braku odpowiedniego wokalisty zespół rozpadł się.
To co chciałem zawrzeć w tym poście, to sens piosenki "To Czego Nie Było", na podstawie mojej historii z zespołem Electrick Shock. Historii, która się nie wydarzyła. Albo może się wydarzyła, ale poszła torem, którym ani oni, ani ja nie chcieliśmy, aby poszła. Nasze spotkanie w celu realizacji wspólnego muzycznego planu nie miało miejsca. To było coś, czego nie było.
Ktoś mógłby powiedzieć: "oj, wielka szkoda". W pewnym sensie, to bardzo często tak biadolimy nad tym co nie spełniło się po naszej myśli. Poszło inaczej. Ba!, sam to robię, choć na szczęście coraz mniej.
Wracając do piosenki, to mówi ona, że droga, którą idziemy to właśnie droga na której mamy się znaleźć w danej chwili. Oczywiście, bardzo korzystnie jest robić wszelakie przedsięwzięcia, by osiągać różne obrane sobie cele, ale wiedzieć należy (dla swojego spokoju), że to nie my jesteśmy ostatecznym decydentem tego jak sprawy się potoczą. Jak mówią: "przysłowia mądrością ludu" i tu też jest jedno, które odnosi się perfekcyjnie do tego o czym mówię: "Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi".
Piosenka porusza jeszcze jeden wątek, a mianowicie to, że ciągle nam mało. I że nawet jakbyśmy osiągnęli to co nam się nie udało, to jednak za chwilę będziemy szukać znowu czegoś. I tak w kółko. Ale to już jakby inna historia... ;), historia nieprzerwanego potoku pragnień.
Jedna z naszych piosenek, której urosły już wąsy, a nawet i broda, pojawi się znowu na najnowszej płycie. Mowa tu o utworze: "To Czego Nie Było", który zagraliśmy między innymi w Chęcinach w 2008r. Więc pojawił się już na drugiej naszej płycie koncertowej, tzw. "błękitnej".
Pierwszy raz z tą piosenką wystąpiłem jednak solo w 1990 roku na wojewódzkim przeglądzie kapel rockowych. Mieliśmy wystąpić tam całym zespołem, ale zespół, mówiąc delikatnie, nie trzymał się kupy. Nie mniej jednak, zachęcony przez opiekuna muzycznego, pojechałem sam. I nie żałuję.
Potwierdziło mi się wtedy przysłowie, "umiesz liczyć, licz na siebie". Nie sugeruje ono oczywiście, że to ja jestem tym na którego barkach leży cały świat, ale jedynie to, że jak chcesz coś zrealizować, to nie oglądaj się na innych. Szczególnie na tych, którzy nie idą tą samą drogą co ty.
Zdjęcie pochodzi z eliminacji do tegoż przeglądu z pamiętnego roku 1990.
Ale to nie o tym chciałem napisać, choć o temacie powiązanym i z piosenką "To Czego Nie Było", jak i z pamiętnym występem sprzed dwudziestu pięciu laty (szok! 25 lat!).
Na wspomnianym przeglądzie, mimo samych kapel rockowych różnej maści dookoła, zmieściłem się też ze swoim repertuarem solowym. Nazwali to co robię "ballada rockowa". Niech im będzie. Spodobało się. Przywiozłem wyróżnienie.
Tamtejszy festiwal wygrał zespół bez wokalisty. Nazywali się Electrick Shock i grali dobrą rockową gitarową muzykę. Podobało mi się, choć nie rozumiałem, czemu nie ma wokalisty. Ale grali tak dobrze, że rzucili jury na kolana i dostali pierwszą nagrodę.
Po jakichś dwóch latach, spotkałem w jakiejś knajpie perkusistę z tamtego zespołu. To on mnie poznał i się przypomniał. I opowiedział historię, jak szukali mnie po tamtym wydarzeniu. Spodobało im się to co ja robię i jak się okazało, szukali wokalisty od dłuższego czasu. Niestety wszyscy z którymi mieli do czynienia nie spełniali ich oczekiwań. Nie znaleźli też mnie (to były czasy, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, ani tym bardziej internetu). Na przeglądzie było tak dużo emocji, że jakoś nie zdarzyło nam się porozmawiać. Po pewnym czasie z powodu braku odpowiedniego wokalisty zespół rozpadł się.
To co chciałem zawrzeć w tym poście, to sens piosenki "To Czego Nie Było", na podstawie mojej historii z zespołem Electrick Shock. Historii, która się nie wydarzyła. Albo może się wydarzyła, ale poszła torem, którym ani oni, ani ja nie chcieliśmy, aby poszła. Nasze spotkanie w celu realizacji wspólnego muzycznego planu nie miało miejsca. To było coś, czego nie było.
Ktoś mógłby powiedzieć: "oj, wielka szkoda". W pewnym sensie, to bardzo często tak biadolimy nad tym co nie spełniło się po naszej myśli. Poszło inaczej. Ba!, sam to robię, choć na szczęście coraz mniej.
Wracając do piosenki, to mówi ona, że droga, którą idziemy to właśnie droga na której mamy się znaleźć w danej chwili. Oczywiście, bardzo korzystnie jest robić wszelakie przedsięwzięcia, by osiągać różne obrane sobie cele, ale wiedzieć należy (dla swojego spokoju), że to nie my jesteśmy ostatecznym decydentem tego jak sprawy się potoczą. Jak mówią: "przysłowia mądrością ludu" i tu też jest jedno, które odnosi się perfekcyjnie do tego o czym mówię: "Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi".
Piosenka porusza jeszcze jeden wątek, a mianowicie to, że ciągle nam mało. I że nawet jakbyśmy osiągnęli to co nam się nie udało, to jednak za chwilę będziemy szukać znowu czegoś. I tak w kółko. Ale to już jakby inna historia... ;), historia nieprzerwanego potoku pragnień.
04 kwietnia 2014
Adsu - nowe brzmienie.
Powoli, ale ustawicznie zmierzamy się z nowym brzmieniem w zespole. Jest to wynik pracy wszystkich członków grupy. By to zrealizować czeka nas jeszcze dużo pracy, ale pierwsze jaskółki na tyle dla nas są obiecujące, że jesteśmy bardzo dobrych myśli. Jeśli ktoś będzie szukał starego adsu na nowej płycie, to pewnie się doszuka, ale na pewno nie będzie to mocno dostrzegalne i na pierwszym planie. Wreszcie doczekałem się zespołu, który pracuje, podaje pomysły i "walczy" o nie z innymi muzykami ;).
Zwykle jest tak, że słuchacze chcieliby mieć zespół taki sam, albo może podobny na każdej płycie. Ludzie lubią coś do czego się już przyzwyczaili, coś co oswoili w swoich umysłach. Z artystami jest nieco inaczej. Lubią zmiany. Szczególnie dotyczy to sfery ich działalności artystycznej. Powtarzanie tego samego, to nie jest sztuka w sensie artystycznym. Porównałbym to raczej do pracy w fabryce i wytwarzania takich samych produktów. Tam jak najbardziej takie działanie ma sens.
Oczywiście nie chciałbym tu straszyć, że starych rzeczy nie będziemy grać lub, że będą zmienione nie do poznania. Dla słuchacza trzeba mieć szacunek, bo to Wy dajecie nam energię na koncertach. Dzięki Wam, chce nam się grać koncerty, a nie tylko spędzać czas na twórczych próbach we własnym gronie. Po prostu nowe rzeczy będą nieco inne. Charakter zespołu jednak będzie zachowany. A co będzie w rzeczywistości, to czas pokaże. ;)
Poniżej nowy członek grupy, który też ma decydujące znaczenie na zmianę charakteru naszych utworów. Producent nazwał go "Rdzeń Sztuki" (artcore).
Zwykle jest tak, że słuchacze chcieliby mieć zespół taki sam, albo może podobny na każdej płycie. Ludzie lubią coś do czego się już przyzwyczaili, coś co oswoili w swoich umysłach. Z artystami jest nieco inaczej. Lubią zmiany. Szczególnie dotyczy to sfery ich działalności artystycznej. Powtarzanie tego samego, to nie jest sztuka w sensie artystycznym. Porównałbym to raczej do pracy w fabryce i wytwarzania takich samych produktów. Tam jak najbardziej takie działanie ma sens.
Oczywiście nie chciałbym tu straszyć, że starych rzeczy nie będziemy grać lub, że będą zmienione nie do poznania. Dla słuchacza trzeba mieć szacunek, bo to Wy dajecie nam energię na koncertach. Dzięki Wam, chce nam się grać koncerty, a nie tylko spędzać czas na twórczych próbach we własnym gronie. Po prostu nowe rzeczy będą nieco inne. Charakter zespołu jednak będzie zachowany. A co będzie w rzeczywistości, to czas pokaże. ;)
Poniżej nowy członek grupy, który też ma decydujące znaczenie na zmianę charakteru naszych utworów. Producent nazwał go "Rdzeń Sztuki" (artcore).
28 czerwca 2013
Vitaliy Ivanov - na naszej płycie.
Z niezmierną przyjemnością chciałem poinformować, że na naszej płycie zagościł niezwykle utalentowany saksofonista Vitaliy Ivanov z Kijowa. Wprawdzie tylko w dwóch utworach, ale tych rodzynek nie sposób nie zauważyć.
W szkołach i przy nauczycielach można wiele się wyuczyć, ale czucie instrumentu i muzyki po prostu się ma. Albo zdobywa się go w jakichś niewyjaśnionych okolicznościach ;).
26 kwietnia 2013
Studyjna płyta adsu.
Wczoraj, przy pełni księżyca, zrealizowała się pierwsza studyjna płyta adsu. Zanim się wyda, to pewnie też trochę czasu upłynie, ale jakby ktoś chciał już posłuchać, to mogę wysłać.
Ślijcie e-mail'e.
Ślijcie e-mail'e.
24 października 2012
Czasem tak coś w umysł wejdzie...
No właśnie... i tak męczy. I drąży. Na szczęście kasy na to brak. Choć żądza potrafi tak nami pokierować, by obiekt jej kontemplacji został zdobyty.
No nie mówię, że to tak cały czas tylko o tym. Ale "uliczny kot" w myślach powraca. Zobaczcie zresztą sami. Alleykat w swoim kojcu. ;) Ech! ;)
No nie mówię, że to tak cały czas tylko o tym. Ale "uliczny kot" w myślach powraca. Zobaczcie zresztą sami. Alleykat w swoim kojcu. ;) Ech! ;)
05 lipca 2012
Pasterskie Anioły - Festiwal Sztuk Niebanalnych
No tak, nie napisałem wcześniej. Ale lepiej późno niż w ogóle ;).
Świetna impreza w przepięknym miejscu ;). Mam nadzieję, że się tam zadomowi.
Kto nie był, to niech za rok zawita. A tymczasem piosenka:
Więcej na jutjubie :P.
09 grudnia 2011
Koncerty w miejscach z wyszynkiem.
Decyzja o zaprzestaniu występów w miejscach z wyszynkiem, rodziła się we mnie od kilku lat, ale ciągle nie mogła dojrzeć. Może dlatego, że było zapotrzebowanie na takie właśnie koncerty. Może dlatego, że do takich miejsc byliśmy zapraszani. A może też dlatego, że w takich właśnie miejscach jest luka na niszową muzykę...
Z innej strony patrząc, to gdzie teraz można znaleźć miejsce bez wyszynku?! Może w jakiejś szkole ;). Może przesadziłem. Takie czasy.
Może właśnie takie czasy nastąpiły, że ludzie nie potrafią już odpocząć i zrelaksować się bez "chemicznej" zmiany świadomości? A może za dużo wymagam od słuchacza? Tak. Za dużo. Jestem dinozaurem z dawnych czasów, gdzie ludzie przychodzili do kawiarni, aby przy herbatce posłuchać muzyki.
Ale zdarzyło mi się ostatnio z chłopakami zagrać koncert w Klubie Kuźnia (nie mylić z mordowniami, które nazywa się teraz klubami, w których można się "klubowo", czyli "kulturalnie" nawalić), w takim rasowym młodzieżowym klubie kultury. I była muzyka z tekstem, i byli słuchacze, i bisy były... Czasem zdarzają się takie koncerty.
W czasie występu nikt nie gadał. Nikt nie wychodził do toalety (w w/w "klubach"-mordowniach idzie się do kibla). Było natomiast porozumienie między sceną, a widownią. Ten przepływ energii, o którym marzy każdy wykonawca. Po prostu przyszli ludzie posłuchać. I tylko po to. Ciekawostką jest też to, że słuchaczy było więcej niż w niejednym miejscu z konsumpcją :).
Na pewno takich koncertów będzie dużo mniej, ale nie ilość się liczy. Wartości się nie obliczy w odróżnieniu od tego co się opłaca. Na pewno są jeszcze osoby dla których warto zagrać koncert z piosenką z tekstem. Nie ma co w to wątpić.
Ktoś, kiedyś, jakieś 2 tysiące lat temu powiedział: "Nie rzucaj pereł między świnie". :)
Tak piszę, gdyby ktoś pytał, czemu nie gramy już w miejscach z wyszynkiem...
Z innej strony patrząc, to gdzie teraz można znaleźć miejsce bez wyszynku?! Może w jakiejś szkole ;). Może przesadziłem. Takie czasy.
Może właśnie takie czasy nastąpiły, że ludzie nie potrafią już odpocząć i zrelaksować się bez "chemicznej" zmiany świadomości? A może za dużo wymagam od słuchacza? Tak. Za dużo. Jestem dinozaurem z dawnych czasów, gdzie ludzie przychodzili do kawiarni, aby przy herbatce posłuchać muzyki.
Ale zdarzyło mi się ostatnio z chłopakami zagrać koncert w Klubie Kuźnia (nie mylić z mordowniami, które nazywa się teraz klubami, w których można się "klubowo", czyli "kulturalnie" nawalić), w takim rasowym młodzieżowym klubie kultury. I była muzyka z tekstem, i byli słuchacze, i bisy były... Czasem zdarzają się takie koncerty.
W czasie występu nikt nie gadał. Nikt nie wychodził do toalety (w w/w "klubach"-mordowniach idzie się do kibla). Było natomiast porozumienie między sceną, a widownią. Ten przepływ energii, o którym marzy każdy wykonawca. Po prostu przyszli ludzie posłuchać. I tylko po to. Ciekawostką jest też to, że słuchaczy było więcej niż w niejednym miejscu z konsumpcją :).
Na pewno takich koncertów będzie dużo mniej, ale nie ilość się liczy. Wartości się nie obliczy w odróżnieniu od tego co się opłaca. Na pewno są jeszcze osoby dla których warto zagrać koncert z piosenką z tekstem. Nie ma co w to wątpić.
Ktoś, kiedyś, jakieś 2 tysiące lat temu powiedział: "Nie rzucaj pereł między świnie". :)
Tak piszę, gdyby ktoś pytał, czemu nie gramy już w miejscach z wyszynkiem...
10 listopada 2010
Dlaczego wybory mnie nie interesują?
Można by wiele napisać na ten temat, ale nie mam czasu. Póki co piosenka kapeli, która miała wpływ na moją młodość. Jak widać, chłopaki trzymają fason, mimo ogólnej grengolady muzycznej. Na szczęście nie dla wszystkich pieniądze są wyznacznikiem szczęścia :).
12 sierpnia 2010
Piszą o nas...
Dość świeży artykuł z portalu Moje Miasto Kraków.
Etykiety:
muzyka,
Otwarta Scena Piosenki Autorskiej,
zespół,
znalezione w sieci
07 maja 2010
Otwarta Scena Piosenki Autorskiej na Kudłaczach.
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, czym jest OSPA z tytułu tego posta, to odsyłam do wszystkich informacji w tym blogu dotyczących tego teamtu.
Poniżej plakat, który zastąpi tysiąc słów. Wszyscy poszukujący muzyki, gór, przestrzeni i dobrego słowa na pewno znajdą 22 maja na Kudłaczach to czego wyczekują. Zima poszła precz, a my cieszmy się zielonością.
Poniżej plakat, który zastąpi tysiąc słów. Wszyscy poszukujący muzyki, gór, przestrzeni i dobrego słowa na pewno znajdą 22 maja na Kudłaczach to czego wyczekują. Zima poszła precz, a my cieszmy się zielonością.
16 marca 2010
Relacja z "Powrotu do Korzeni" 2010.
Relację z festiwalu "Powrót do Korzeni" piórem Łukasza Jędrysa można oglądać tutaj.
24 lutego 2010
Terminy Otwartej Sceny Piosenki Autorskiej w 2010 roku.
A bo tak nic nie piszę i nie piszę, to może choćby te terminy podam, bo tym razem poustalaliśmy wszystko z góry.
- Wiosenna OSPA na Kudłaczach 22 maja 2010 r. (sobota)
- Letnia OSPA na Rycerzowej 10 lipca 2010 r. (sobota)
- Jesienna OSPA na Bereśniku 2 października 2010 r. (sobota)
A w 2011 roku, już wiemy, że Zimowa edycja OSPY odbędzie się na Scenie Tęcza w Krakowie jakoś w lutym.
Zatem przybywajcie.
- Wiosenna OSPA na Kudłaczach 22 maja 2010 r. (sobota)
- Letnia OSPA na Rycerzowej 10 lipca 2010 r. (sobota)
- Jesienna OSPA na Bereśniku 2 października 2010 r. (sobota)
A w 2011 roku, już wiemy, że Zimowa edycja OSPY odbędzie się na Scenie Tęcza w Krakowie jakoś w lutym.
Zatem przybywajcie.
03 lutego 2010
AdSu - grupa rocka akustycznego.
No i pękł mój opór. Ciągle nie mogłem się przekonać co do brzmienia i nazwania tego co gramy. Ostatnio na próbie jednak Bartek mnie przekonał. To jest rock akustyczny, czy tego chcesz, czy nie - powiedział. A dziś jeszcze, gdy przypadkiem zerknąłem na listę rankingową na poezjaspiewana.com, to zobaczyłem nasz wielki spadek i pomyślałem, że to przypieczętowało nasze odcięcie pępowiny od "krainy łagodności". Nie jesteśmy łagodni. Wręcz punkowi.
A oto próbka z niedawnego koncertu w Loch Ness Club:
Więcej można oglądnąć w naszym kanale youtube: GrupaADSU
A oto próbka z niedawnego koncertu w Loch Ness Club:
Więcej można oglądnąć w naszym kanale youtube: GrupaADSU
Etykiety:
inspiracje,
muzyka,
przemyślenia,
zespół,
znalezione w sieci
19 stycznia 2010
15 stycznia 2010
Powrót do Korzeni i... Atmasfera.
Miło mi poinformować, że w tym roku już niebawem, bo 30 stycznia wystąpimy na Przeglądzie "Powrót do Korzeni" w krakowskim Loch Ness Club. Będzie się działo. Prócz nas wystąpią: Andrzej Mróz z przyjaciółmi - legenda piosenki ze szlaku, Włodzimierz Mazoń - znany już z tego bloga jako współtwórca OSPY, Łukasz Jędrys - młode pokolenie bardów, oraz gość z Ukrainy - Atmasfera. Specjalnie zostawiłem na koniec informację o Atmasferze ponieważ to gość niebywały.
AtmAsfera, to niecodzienne zjawisko na folkowej scenie ukraińskiej, a od kilku lat już i na europejskiej. I mimo, że mają za sobą występy przed kilkudziesięciotysięczną publicznością, to nie gardzą też koncertami takimi jaki odbędzie się w Loch Ness na Warszawskiej 15. Pewnie wychodzą, jak ja z założenia, że nie liczy się ilość, ale jakość publiczności. I tak trzymać panie i panowie.
Jeśli jeszcze ktoś z Was nie słyszał, a chciałby wiedzieć, czy warto ich usłyszeć na żywo, to zapraszam do małej próbki (to naprawdę mała, wręcz znikoma próbka) tego co potrafią wskrzesić na żywo.
Na koniec dodam, że wizyta w sobotę 30 stycznia na Przeglądzie nie poruszy zupełnie waszych portfeli, ponieważ WSTĘP na całą imprezę jest całkowicie WOLNY.
AtmAsfera, to niecodzienne zjawisko na folkowej scenie ukraińskiej, a od kilku lat już i na europejskiej. I mimo, że mają za sobą występy przed kilkudziesięciotysięczną publicznością, to nie gardzą też koncertami takimi jaki odbędzie się w Loch Ness na Warszawskiej 15. Pewnie wychodzą, jak ja z założenia, że nie liczy się ilość, ale jakość publiczności. I tak trzymać panie i panowie.
Jeśli jeszcze ktoś z Was nie słyszał, a chciałby wiedzieć, czy warto ich usłyszeć na żywo, to zapraszam do małej próbki (to naprawdę mała, wręcz znikoma próbka) tego co potrafią wskrzesić na żywo.
Na koniec dodam, że wizyta w sobotę 30 stycznia na Przeglądzie nie poruszy zupełnie waszych portfeli, ponieważ WSTĘP na całą imprezę jest całkowicie WOLNY.
13 stycznia 2010
Dziewczyna z Urzędu Skarbowego.
Można psioczyć i narzekać na przestępczość zorganizwowaną (Urząd Skarbowy), jak i na tą niezorganizowaną (ZUS), jak mi się nieco zdarza. Można zrobić to jednak w nieco inny, żartobliwy sposób, bo po co od razu wyzwalać negatywne emocje, jeśli można się uśmiechnąć. Szczególnie dotyczy to rzeczy na które i tak nie mamy wpływu.
W związku z powyższym kolejna piosenka, którą żałuję, że to nie ja napisałem. "...w czerwonych pieczątkach serce się odbiło...", ech...
W związku z powyższym kolejna piosenka, którą żałuję, że to nie ja napisałem. "...w czerwonych pieczątkach serce się odbiło...", ech...
12 stycznia 2010
Dwa weekendy.
Pierwsze dwa weekendy minęły pod znakiem muzyki, radosnych ludzi i poczucia dobrze spędzonego czasu. Czyżby cały rok tak się zapowiadał? Dobrze by było, bo czemu nie. Mimo, że pogoda nie do końca taka jak można by sobie wymarzyć, to jednak nie ma znaczenia. Już w czasach harcerskich, czyli bardzo dawno zauważyłem, że dobrze spędzony czas nie zależy od warunków atmosferycznych lub miejsca. W jakimś stopniu może, ale niewielkim. Ważniejsi są ludzie z którymi obcujemy.
W Kwiatonowicach było rodzinnie, ciepło, kolędowo. Mocno muzycznie i trochę narciarsko. Ale to też takie tylko otoczki, bo nastrój ludzi był czynnikiem podstawowym. W grupie kolędniczej, jak łatwo można zauważyć, byłem jednym z trzech króli. Aż dziw, że stara sukienka Magdy dziergana na drutach rozciągnęła się do moich rozmiarów, a nawet mogłem ją ubrać na kurtkę.
Data na zdjęciu nie adekwatna, to tylko błąd aparatu.

W Dolinie Chochołowskiej mimo deszczu i szarej mgły zagraliśmy głośny koncert dla przemiłej publiczności. I znowu pogoda nie miała tutaj nic do gadania jeśli chodzi o ludzkie radości. Na szczęście. Gdy spotkają się ludzie, którzy współbrzmią emocjonalnie, to cały świat im sprzyja. Tak też było w Schronisku na Polanie Chochołowskiej.
Wolontariusze z jednej z wadowickich szkół średnich kwestowali w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Alpiniści i ski-turyści odreagowywali wodę i deszcz zamiast śniegu w górach. My robiliśmy swoje, czyli z gitarami na szyjach i przed mikrofonami. Były piosenki, muzyka, brawa, tańce, licytacje. Wiele, wiele się działo.
Na tyle się działo, że za rok też chcemy tam pojechać. Bo warto.
W Kwiatonowicach było rodzinnie, ciepło, kolędowo. Mocno muzycznie i trochę narciarsko. Ale to też takie tylko otoczki, bo nastrój ludzi był czynnikiem podstawowym. W grupie kolędniczej, jak łatwo można zauważyć, byłem jednym z trzech króli. Aż dziw, że stara sukienka Magdy dziergana na drutach rozciągnęła się do moich rozmiarów, a nawet mogłem ją ubrać na kurtkę.
Data na zdjęciu nie adekwatna, to tylko błąd aparatu.

W Dolinie Chochołowskiej mimo deszczu i szarej mgły zagraliśmy głośny koncert dla przemiłej publiczności. I znowu pogoda nie miała tutaj nic do gadania jeśli chodzi o ludzkie radości. Na szczęście. Gdy spotkają się ludzie, którzy współbrzmią emocjonalnie, to cały świat im sprzyja. Tak też było w Schronisku na Polanie Chochołowskiej.
Wolontariusze z jednej z wadowickich szkół średnich kwestowali w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Alpiniści i ski-turyści odreagowywali wodę i deszcz zamiast śniegu w górach. My robiliśmy swoje, czyli z gitarami na szyjach i przed mikrofonami. Były piosenki, muzyka, brawa, tańce, licytacje. Wiele, wiele się działo.
Na tyle się działo, że za rok też chcemy tam pojechać. Bo warto.
05 stycznia 2010
Relacja z Jesiennej Edycji OSPY na Bereśniku.
Tak na nowy (k)rok i zachętę, aby być w tym roku na OSPIE. Relacja napisana przez Łukasza Jędrysa. Zanim wpadnie w inne serwisy informacyjne, niech ja będę pierwszy.
W tekst wmieszałem zdjęcia autorstwa Łukasza Polusa, który jeszcze o tym nie wie ;).
Łukasz P. jest też naszym akustykiem/nagłośnieniowcem od kilku edycji tego mini festiwalu.
Na drugim zdjęciu, oprócz organizatorów, gospodarz schroniska Remik Duda-Chrzanowski (w środku).
Oaza autorskiego spokoju
Jesienna OSPA 5-6 XII 2009 - relacja
Muszę przyznać, iż bardzo się ciszę, że są pewni ludzie, dla których muzyka to coś więcej niż powszechne "umyck umcyk" i "kocham cię bejbe". Cieszę, że są pewni ludzie, którzy bywają w górach z gitarą na ramieniu, pokonując kilometry
kolejnych szlaków. Cieszę się w końcu, że niektórzy spośród takich ludzi mają do tego zdolności organizatorskie i potrafią się zebrać. Nie po to, by się napić czy przejść się wspólnie w góry, ale po to by inni zobaczyli jak można stworzyć w gwarnym schronisku klimat, przy którym milkną nawet najbardziej rozgadani zawadiacy.
Ja spotkałem takich ludzi, ba, miałem przyjemność zagrać z nimi na jednym koncercie.
Koncercie, którego długo nie zapomnę. Była to jesienna OSPA zorganizowana w słynnej "Bacówce pod Bereśnikiem". Otwarta Scena Piosenki Autorskiej.
Już sam pomysł organizowania czegoś takiego spotkał się z mojej strony z szacunkiem, tym bardziej, że jako początkujący śpiewający autor staram się grywać tu i ówdzie, a wszystkie tego typu inicjatywy (amatorskie granie w którym stawiamy na klimat, a nie na konkursowe walki o nagrody) wręcz ubóstwiam. Ale sam pomysł to nie wszystko, więc jadąc na OSPĘ zastanawiałem się, czy organizatorzy podołają. Wcześniej nie słyszałem o koncertach w niewielkich schroniskach na szczytach, pod szczytami, na łonie natury, co musze przyznać w pierwszej chwili nastawiło mnie sceptycznie. Co prawda zaprosił mnie tam Włodzimierz Mazoń, którego miałem przyjemność poznać na wrocławskim przeglądzie Musica Poetica, więc znając jego muzykę zdawałem sobie sprawę, że poetyckiego klimatu na pewno nie zabraknie, ale przynajmniej po innych uczestnikach spodziewałem się "turystycznych piosenek, na dobre i na złe". Myliłem się. Już samo miejsce wprawiało w zdumienie. Niewielka bacóweczka pod samym szczytem góry, z zapleczem sanitarnym, kuchnią i kilkoma pokojami, a z niej widok na miasto(Szczawnicę), rzekę (Dunajec), Pieniny, Jarmutę, Durbaszkę, Tatry... Chyba już zawsze będę tam wracał, jeśli tylko organizatorzy nie zawiodą. A nie zawiodą.
Włodek Mazoń i Adam Suder to dwie osoby, którym zawdzięczamy OSPĘ. Nie tylko jesienną, ale także inne, zimową w Krakowie, letnią w schronisku na Rycerzowej, albo wiosenną w schronisku na Kudłaczach. Co sami panowie powiedzieli otwierając imprezę, koncert na Bereśniku był już siódmą OSPĄ z kolei, świadczy to o tym, że piosenka autorska spotyka się z jakimś zainteresowaniem (co dobrze wróży, bo zwykle traktowana jest w naszym kraju nieco po macoszemu). Tu warto zaznaczyć, by nie mylić tego rodzaju muzyki z nurtem poezji śpiewanej. Tutaj sam autor ma śpiewać, sam ma przedstawić swoje teksty. W piosence autorskiej nie ma miejsca na czterdziestą dziewiątą wersję "Wędrówką życie jest człowieka" Stachury, czy wierszy-piosenek
Różewicza. Z jednej strony to wielki pozytyw, bo młodzi autorzy w końcu mogą się śmiało zaprezentować, z drugiej strony jeszcze bardziej zawęża to nurt "Krainy Łagodności", który do zbyt rozległych nie należy. Na szczęście Włodzimierz i Adam dobierając artystów zadbali o to, by publiczność nie była zmuszana do słuchania kolejnego smutnego pana z gitarą dzięki temu zaserwowali tak zróżnicowane menu, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Jako pierwszy wystąpił Maciej Czernecki, autor z Krakowa i pasjonat gitary. Publika (jak to zwykle bywa na koncertach, na których publiczność jest w dużej mierze przypadkowa) w pierwszej chwili zupełnie zignorowała osobę Maćka, dlatego zrezygnował z jakichkolwiek zapowiedzi. Po prostu zaczął grać. A publika posłusznie zamilkła i zaczęła słuchać. Już od pierwszych chwil widziałem, że Maciek ma duszę rockmana, ogromne zdolności instrumentalne i przyjemny dla ucha wokal z nietypową manierą. Dochodziły do tego dobre teksty, niektóre głębsze, inne wywołujące uśmiech na twarzy ( piosenki o pożegnaniu z gitarą i o pani z urzędu skarbowego, były bardzo inteligentne, zwłaszcza ta druga, celnie wytykająca przywary tej instytucji i stosunek doń przeciętnego zjadacza chleba). Wielu pozostało zawiedzionych brakiem bisa, bo jedno mogę powiedzieć - fanów Macieja Czerneckiego na pewno po tym koncercie przybyło. Kiedy schodził ze sceny nie spodziewałem się już turystycznych...".
Niczego się już nie spodziewałem. Po prostu chłonąłem.
Drugi zagrałem ja. Cóż, nie jestem specem w pisaniu o sobie, mogę powiedzieć jedynie, że koncert uważam za udany wobec własnych. Jakiś chłopak zaprosił dziewczynę do tańca (nie wiem czy tu działał alkohol czy po prostu gram disco-dance:)) Przyjęty zostałem przez publiczność również ciepło. Żyć nie umierać po prostu. Miałem też przyjemność zagrać bisa, w którym złamałem niestety prawo OSPY przedstawiając nie swój utwór (tak to jest jak autorskich ma się jedynie kilka). Po występie spotkała mnie miła rzecz, która uświadomiła mi, że ludzie jednak słuchali. Po prostu kilka osób podeszło popytać o jakieś nagrania, youtube i inne tego typu wynalazki...

Po mnie wszedł na scenę Włodek Mazoń z małżonką Renatą. Włodka granie już znałem, więc wiedziałem, czego można się po nich spodziewać. Mimo to zostałem zaskoczony niesamowitym lirycznym klimatem jaki podał nam ten duet. Głęboki, chrypiący głos Włodka i lekkie chórki Renaty to coś co chodziło mi po głowie jeszcze długo po zakończeniu OSPY.
Warstwa tekstowa to jak sam Włodek powiedział "proste śpiewanie o miłości", jednakże mimo tej pięknej prostoty czujemy tutaj głębię. "Chwila", która spotkała się ze sporym uznaniem publiczności mogłaby się znaleźć spokojnie w pierwszej trójce bereśnikowej The Best of, gdyby takowa niegdyś się ukazała czego z całej siły Włodkowi życzę. Wrażenie było fenomenalne. Jedyne co mnie zabolało, to to, że publiczność w dalszych rzędach pobudzona występem Maćka (energicznie) i moim (też energicznie) jakby się wyłączyła. Na szczęście tylko na początku.
Koncert zamknął Adam Suder z towarzyszącym mu Wiktorem Kuną, czyli zespół ADSU. Cóż, tu muszę się przyznać bez bicia, że na czas pierwszej piosenki wyszedłem na papierosa (w życiu bym nie pomyślał, że tak szybko można zacząć grać, wielki szacun dla ADSU!) i nie widziałem reakcji ludzi na pierwsze dźwięki ich muzyki. Wróciłem jednak w czasie ogromnego aplauzu i już wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze. Było nawet lepiej. ADSU charakteryzował się pięknymi, zaskakującymi melodiami, tekstami balansującymi od lirycznych rozważań, poprzez życiowe "spostrzeżenia, aż do drapieżnych ostrzeżeń i apeli by się rozejrzeć i ogarnąć (na przykład w "Supermarkecie", który też widzę na The Best OF:P), a wszystko to okraszone niesamowitym pianinem Wiktora i gitarą Adama. Momentem kulminacyjnym całego wieczoru był "Bereśnik", piosenka traktująca o miejscu w którym graliśmy, wzruszająca i piękna, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że co wrażliwsze niewiasty uroniły łzy. A potem jeden krótki bis i koniec OSPY... chyba, że after party też się zalicza:P

To co stało się pod Bereśnikiem w nocy z 5-6 grudnia, zapadło mi w pamięć i zostanie tam długo. Bacówka, osoby, które tam spotkałem i piękna muzyka sprawiły, że gdy następnego dnia trzeba było wrócić do szarej codzienności zmarkotniałem. Czułem się jakbym wyjeżdżał ze słynnej oazy spokoju, której każdy szuka, a niewielu znajduje.
Dla ludzi, którzy kochają góry samo to miejsce jest niesamowite, a gdy ktoś do tego poszukuje przeżyć nieco głębszych niż wizyta w kinie na kolejnej części "Transformers", to powinien OSPĘ odwiedzić. I jesienną, i zimową, i każdą jaka będzie.

Łukasz Jędrys
W tekst wmieszałem zdjęcia autorstwa Łukasza Polusa, który jeszcze o tym nie wie ;).
Łukasz P. jest też naszym akustykiem/nagłośnieniowcem od kilku edycji tego mini festiwalu.
Na drugim zdjęciu, oprócz organizatorów, gospodarz schroniska Remik Duda-Chrzanowski (w środku).
Oaza autorskiego spokoju
Jesienna OSPA 5-6 XII 2009 - relacja
Muszę przyznać, iż bardzo się ciszę, że są pewni ludzie, dla których muzyka to coś więcej niż powszechne "umyck umcyk" i "kocham cię bejbe". Cieszę, że są pewni ludzie, którzy bywają w górach z gitarą na ramieniu, pokonując kilometry
kolejnych szlaków. Cieszę się w końcu, że niektórzy spośród takich ludzi mają do tego zdolności organizatorskie i potrafią się zebrać. Nie po to, by się napić czy przejść się wspólnie w góry, ale po to by inni zobaczyli jak można stworzyć w gwarnym schronisku klimat, przy którym milkną nawet najbardziej rozgadani zawadiacy.
Ja spotkałem takich ludzi, ba, miałem przyjemność zagrać z nimi na jednym koncercie.
Już sam pomysł organizowania czegoś takiego spotkał się z mojej strony z szacunkiem, tym bardziej, że jako początkujący śpiewający autor staram się grywać tu i ówdzie, a wszystkie tego typu inicjatywy (amatorskie granie w którym stawiamy na klimat, a nie na konkursowe walki o nagrody) wręcz ubóstwiam. Ale sam pomysł to nie wszystko, więc jadąc na OSPĘ zastanawiałem się, czy organizatorzy podołają. Wcześniej nie słyszałem o koncertach w niewielkich schroniskach na szczytach, pod szczytami, na łonie natury, co musze przyznać w pierwszej chwili nastawiło mnie sceptycznie. Co prawda zaprosił mnie tam Włodzimierz Mazoń, którego miałem przyjemność poznać na wrocławskim przeglądzie Musica Poetica, więc znając jego muzykę zdawałem sobie sprawę, że poetyckiego klimatu na pewno nie zabraknie, ale przynajmniej po innych uczestnikach spodziewałem się "turystycznych piosenek, na dobre i na złe". Myliłem się. Już samo miejsce wprawiało w zdumienie. Niewielka bacóweczka pod samym szczytem góry, z zapleczem sanitarnym, kuchnią i kilkoma pokojami, a z niej widok na miasto(Szczawnicę), rzekę (Dunajec), Pieniny, Jarmutę, Durbaszkę, Tatry... Chyba już zawsze będę tam wracał, jeśli tylko organizatorzy nie zawiodą. A nie zawiodą.
Włodek Mazoń i Adam Suder to dwie osoby, którym zawdzięczamy OSPĘ. Nie tylko jesienną, ale także inne, zimową w Krakowie, letnią w schronisku na Rycerzowej, albo wiosenną w schronisku na Kudłaczach. Co sami panowie powiedzieli otwierając imprezę, koncert na Bereśniku był już siódmą OSPĄ z kolei, świadczy to o tym, że piosenka autorska spotyka się z jakimś zainteresowaniem (co dobrze wróży, bo zwykle traktowana jest w naszym kraju nieco po macoszemu). Tu warto zaznaczyć, by nie mylić tego rodzaju muzyki z nurtem poezji śpiewanej. Tutaj sam autor ma śpiewać, sam ma przedstawić swoje teksty. W piosence autorskiej nie ma miejsca na czterdziestą dziewiątą wersję "Wędrówką życie jest człowieka" Stachury, czy wierszy-piosenekRóżewicza. Z jednej strony to wielki pozytyw, bo młodzi autorzy w końcu mogą się śmiało zaprezentować, z drugiej strony jeszcze bardziej zawęża to nurt "Krainy Łagodności", który do zbyt rozległych nie należy. Na szczęście Włodzimierz i Adam dobierając artystów zadbali o to, by publiczność nie była zmuszana do słuchania kolejnego smutnego pana z gitarą dzięki temu zaserwowali tak zróżnicowane menu, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Jako pierwszy wystąpił Maciej Czernecki, autor z Krakowa i pasjonat gitary. Publika (jak to zwykle bywa na koncertach, na których publiczność jest w dużej mierze przypadkowa) w pierwszej chwili zupełnie zignorowała osobę Maćka, dlatego zrezygnował z jakichkolwiek zapowiedzi. Po prostu zaczął grać. A publika posłusznie zamilkła i zaczęła słuchać. Już od pierwszych chwil widziałem, że Maciek ma duszę rockmana, ogromne zdolności instrumentalne i przyjemny dla ucha wokal z nietypową manierą. Dochodziły do tego dobre teksty, niektóre głębsze, inne wywołujące uśmiech na twarzy ( piosenki o pożegnaniu z gitarą i o pani z urzędu skarbowego, były bardzo inteligentne, zwłaszcza ta druga, celnie wytykająca przywary tej instytucji i stosunek doń przeciętnego zjadacza chleba). Wielu pozostało zawiedzionych brakiem bisa, bo jedno mogę powiedzieć - fanów Macieja Czerneckiego na pewno po tym koncercie przybyło. Kiedy schodził ze sceny nie spodziewałem się już turystycznych...".Niczego się już nie spodziewałem. Po prostu chłonąłem.
Drugi zagrałem ja. Cóż, nie jestem specem w pisaniu o sobie, mogę powiedzieć jedynie, że koncert uważam za udany wobec własnych. Jakiś chłopak zaprosił dziewczynę do tańca (nie wiem czy tu działał alkohol czy po prostu gram disco-dance:)) Przyjęty zostałem przez publiczność również ciepło. Żyć nie umierać po prostu. Miałem też przyjemność zagrać bisa, w którym złamałem niestety prawo OSPY przedstawiając nie swój utwór (tak to jest jak autorskich ma się jedynie kilka). Po występie spotkała mnie miła rzecz, która uświadomiła mi, że ludzie jednak słuchali. Po prostu kilka osób podeszło popytać o jakieś nagrania, youtube i inne tego typu wynalazki...
Po mnie wszedł na scenę Włodek Mazoń z małżonką Renatą. Włodka granie już znałem, więc wiedziałem, czego można się po nich spodziewać. Mimo to zostałem zaskoczony niesamowitym lirycznym klimatem jaki podał nam ten duet. Głęboki, chrypiący głos Włodka i lekkie chórki Renaty to coś co chodziło mi po głowie jeszcze długo po zakończeniu OSPY. Warstwa tekstowa to jak sam Włodek powiedział "proste śpiewanie o miłości", jednakże mimo tej pięknej prostoty czujemy tutaj głębię. "Chwila", która spotkała się ze sporym uznaniem publiczności mogłaby się znaleźć spokojnie w pierwszej trójce bereśnikowej The Best of, gdyby takowa niegdyś się ukazała czego z całej siły Włodkowi życzę. Wrażenie było fenomenalne. Jedyne co mnie zabolało, to to, że publiczność w dalszych rzędach pobudzona występem Maćka (energicznie) i moim (też energicznie) jakby się wyłączyła. Na szczęście tylko na początku.
Koncert zamknął Adam Suder z towarzyszącym mu Wiktorem Kuną, czyli zespół ADSU. Cóż, tu muszę się przyznać bez bicia, że na czas pierwszej piosenki wyszedłem na papierosa (w życiu bym nie pomyślał, że tak szybko można zacząć grać, wielki szacun dla ADSU!) i nie widziałem reakcji ludzi na pierwsze dźwięki ich muzyki. Wróciłem jednak w czasie ogromnego aplauzu i już wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze. Było nawet lepiej. ADSU charakteryzował się pięknymi, zaskakującymi melodiami, tekstami balansującymi od lirycznych rozważań, poprzez życiowe "spostrzeżenia, aż do drapieżnych ostrzeżeń i apeli by się rozejrzeć i ogarnąć (na przykład w "Supermarkecie", który też widzę na The Best OF:P), a wszystko to okraszone niesamowitym pianinem Wiktora i gitarą Adama. Momentem kulminacyjnym całego wieczoru był "Bereśnik", piosenka traktująca o miejscu w którym graliśmy, wzruszająca i piękna, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że co wrażliwsze niewiasty uroniły łzy. A potem jeden krótki bis i koniec OSPY... chyba, że after party też się zalicza:P
To co stało się pod Bereśnikiem w nocy z 5-6 grudnia, zapadło mi w pamięć i zostanie tam długo. Bacówka, osoby, które tam spotkałem i piękna muzyka sprawiły, że gdy następnego dnia trzeba było wrócić do szarej codzienności zmarkotniałem. Czułem się jakbym wyjeżdżał ze słynnej oazy spokoju, której każdy szuka, a niewielu znajduje.
Dla ludzi, którzy kochają góry samo to miejsce jest niesamowite, a gdy ktoś do tego poszukuje przeżyć nieco głębszych niż wizyta w kinie na kolejnej części "Transformers", to powinien OSPĘ odwiedzić. I jesienną, i zimową, i każdą jaka będzie.

Łukasz Jędrys
Etykiety:
muzyka,
Otwarta Scena Piosenki Autorskiej,
wspomnienia,
zespół
23 grudnia 2009
Zamiast kolędy... mój sposób złożenia życzeń świątecznych.
A tak ku zadumie w wolnym czasie, gdy jest go więcej i zanim telewizor włączysz ze świątecznymi "atrakcjami".
Spokoju i szczęścia - dla wszystkich.
Spokoju i szczęścia - dla wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



