Tak niby mógłbym co innego robić teraz, na przykład przespać się mógłbym, bo czekam na coś i warunki ku spaniu sprzyjające. Ostatnio jednak bardziej mnie ciągnie do większej aktywności, bo co komu z mojego spania. Można by jeszcze pogrzebać w necie i poszukać. Ale czego? Coś na pewno wcześniej, czy później by się znalazło, bo to przecież kopalnia pomysłów na zużywanie czasu.
Nie mniej jednak naszedłem na tą moją pisaninę i postanowiłem...
No tak cały pomysł na dzisiejszy wpis gdzieś się rozpłynął. Często tak mam, że gdy pojawi się czas na zapisanie, to pustka w głowie niweczy wszystko. Pewnie spowodowane to jest zbyt dużym rozluźnieniem. Gdy na co dzień spięcie wszystkich wydarzeń powoduje pewną kumulację wytężonej pracy umysłu, to wszystko w nim się dość logicznie i sprawnie porządkuje. Gdy przychodzi "luzik", to niszczy on wszystko co twórcze i lenistwo już bez problemu zostaje prezesem wydarzeń.
Tak właściwie, to myślałem sobie, że po prostu tak odpocznę przy pisaniu i pewnie dlatego taką pustkę zastałem. Jak widać, odpoczywać też trzeba umieć. Pamiętam wolny, zmarnowany czas za młodu, gdy nie miałem co robić, to sobie po prostu spać szedłem. Nieraz jak się budziłem wieczorem po przespaniu za dnia kilku godzin, to nie wiedziałem, czy jest rano, czy wieczór. A najlepszym pytaniem na to przebudzenie, to było: "Czy co?" Po prostu jak jakiś nawalony śmietnikowy kloszard po denaturacie. Zwierzęce życie. O ile tu o życiu może być jeszcze mowa.
Właśnie zatytułowałem tego posta, ale nie jestem pewien, czy to dobry tytuł, bo tak do końca całkowitej pustki nie sposób osiągnąć, szczególnie tam, w umyśle. Przecież on ciągle chce być aktywny przewija, odtwarza bardzo wiele informacji i nie widać im końca. Na pewno teraz stada buddystów i innych impersonalnych zwolenników zmierzających do tej ciągle nie zdobytej "pustki" zakrzykną mnie, że jest to do zrealizowania. Dla mnie jednak sprawa jest prosta: dopóki umysł umysłem, dopóty w nim niekończące się wydarzenia, walki, przepychanki, cierpienie, ale też radości, przyjemności, wspomnienia, marzenia... I wymieniać można by tak bez końca. Na ile pojemności w nim.
Warto jednak spróbować podporządkować sobie go na tyle, by to nie on kierował mną, a ja nim. Wielka tu sztuka, ale do osiągnięcia. Na pewno wymaga odwagi, wysiłku, nieco mądrości... Gdy już będzie działał tak jak ja chcę, będę mieć w nim przyjaciela, póki jest inaczej, to co chwilę mam kłopoty.