Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

10 sierpnia 2015

Wolność - kocham i rozumiem.

Czekając na przejściu granicznym z Ukrainą z nudów zacząłem grzebać w pudełku z CD. Dawno nie zaglądałem tam. Z jakiegoś powodu trafiła mi w ręce płyta Chłopców z Placu Broni. Wrzuciłem w odtwarzacz. Popłynęła muzyka, a z nią teksty.

Wśród tych żołnierzy z karabinami na granicy, przy wszystkich kontrolach, obok spoconych, czekających w upale, zgadzających się mniej lub bardziej na to wszystko ludzi traktowanych jak przestępców, piosenka "Kocham Wolność" zabrzmiała jak protest przeciw temu wszystkiemu dookoła.

Przy okazji przypomniał mi się tekst innej piosenki Daab'u z tamtych czasów (piszę z pamięci, choć mogłem wyguglać, sami sobie znajdźcie ;P):

"Podzielono świat na części
Ten wziął więcej, tamten mniej
(...)
Ja do granic swych mam krok".
 (czy jakoś tak :P)

I jeszcze wers z Cohena (w tłumaczeniu Zembatego) :
"Granice są więzieniem!"






27 marca 2015

To czego nie ma - czyli z cyklu: "Co by było gdyby..."

Zainspirowany przez nocnego grajka, postanowiłem wznowić pisanie. Nawet jeśli nikt tego czytać nie będzie, to chociażby dla siebie. Dobrze się czuję w pisaniu, więc niezbyt zrozumiałe jest, czemu to zarzuciłem. No wiadomo... nie ma czasu. Ale jak się czegoś chce, to i czas się znajdzie. 

Jedna z naszych piosenek, której urosły już wąsy, a nawet i broda, pojawi się znowu na najnowszej płycie. Mowa tu o utworze: "To Czego Nie Było", który zagraliśmy między innymi w Chęcinach w 2008r. Więc pojawił się już na drugiej naszej płycie koncertowej, tzw. "błękitnej".
Pierwszy raz z tą piosenką wystąpiłem jednak solo w 1990 roku na wojewódzkim przeglądzie kapel rockowych. Mieliśmy wystąpić tam całym zespołem, ale zespół, mówiąc delikatnie, nie trzymał się kupy. Nie mniej jednak, zachęcony przez opiekuna muzycznego, pojechałem sam. I nie żałuję.

Potwierdziło mi się wtedy przysłowie, "umiesz liczyć, licz na siebie". Nie sugeruje ono oczywiście, że to ja jestem tym na którego barkach leży cały świat, ale jedynie to, że jak chcesz coś zrealizować, to nie oglądaj się na innych. Szczególnie na tych, którzy nie idą tą samą drogą co ty.

 Zdjęcie pochodzi z eliminacji do tegoż przeglądu z pamiętnego roku 1990.

Ale to nie o tym chciałem napisać, choć o temacie powiązanym i z piosenką "To Czego Nie Było", jak i z pamiętnym występem sprzed dwudziestu pięciu laty (szok! 25 lat!).

Na wspomnianym przeglądzie, mimo samych kapel rockowych różnej maści dookoła, zmieściłem się też ze swoim repertuarem solowym. Nazwali to co robię "ballada rockowa". Niech im będzie. Spodobało się. Przywiozłem wyróżnienie.

Tamtejszy festiwal wygrał zespół bez wokalisty. Nazywali się Electrick Shock i grali dobrą rockową gitarową muzykę. Podobało mi się, choć nie rozumiałem, czemu nie ma wokalisty. Ale grali tak dobrze, że rzucili jury na kolana i dostali pierwszą nagrodę.

Po jakichś dwóch latach, spotkałem w jakiejś knajpie perkusistę z tamtego zespołu. To on mnie poznał i się przypomniał. I opowiedział historię, jak szukali mnie po tamtym wydarzeniu. Spodobało im się to co ja robię i jak się okazało, szukali wokalisty od dłuższego czasu. Niestety wszyscy z którymi mieli do czynienia nie spełniali ich oczekiwań. Nie znaleźli też mnie (to były czasy, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, ani tym bardziej internetu). Na przeglądzie było tak dużo emocji, że jakoś nie zdarzyło nam się porozmawiać. Po pewnym czasie z powodu braku odpowiedniego wokalisty zespół rozpadł się.

To co chciałem zawrzeć w tym poście, to sens piosenki "To Czego Nie Było", na podstawie mojej historii z zespołem Electrick Shock. Historii, która się nie wydarzyła. Albo może się wydarzyła, ale poszła torem, którym ani oni, ani ja nie chcieliśmy, aby poszła. Nasze spotkanie w celu realizacji wspólnego muzycznego planu nie miało miejsca. To było coś, czego nie było.

Ktoś mógłby powiedzieć: "oj, wielka szkoda". W pewnym sensie, to bardzo często tak biadolimy nad tym co nie spełniło się po naszej myśli. Poszło inaczej. Ba!, sam to robię, choć na szczęście coraz mniej.
Wracając do piosenki, to mówi ona, że droga, którą idziemy to właśnie droga na której mamy się znaleźć w danej chwili. Oczywiście, bardzo korzystnie jest robić wszelakie przedsięwzięcia, by osiągać różne obrane sobie cele, ale wiedzieć należy (dla swojego spokoju), że to nie my jesteśmy ostatecznym decydentem tego jak sprawy się potoczą. Jak mówią: "przysłowia mądrością ludu" i tu też jest jedno, które odnosi się perfekcyjnie do tego o czym mówię: "Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi".

Piosenka porusza jeszcze jeden wątek, a mianowicie to, że ciągle nam mało. I że nawet jakbyśmy osiągnęli to co nam się nie udało, to jednak za chwilę będziemy szukać znowu czegoś. I tak w kółko. Ale to już jakby inna historia... ;), historia nieprzerwanego potoku pragnień.

04 listopada 2013

W Górach Jest Wszystko Co Kocham - cz. IX

Dwa z naszych utworów znalazły się na najnowszym krążku składanki "W Górach Jest Wszystko Co Kocham". Dzięki temu możemy brać udział w promocji tej płyty na kilku koncertach w różnych miastach w Polsce.
Pod koniec października był Lublin i Kraków.


23 listopada będzie Wrocław.

Tymczasem 16 listopada zapraszamy na Bereśnik. Będzie to jesienne wydanie OSPY, czyli Otwartej Sceny Piosenki Autorskiej.

11 lipca 2013

Wróciliśmy z Pasterki...

Zagraliśmy fajny koncert, przed fajną publicznością w fajnym miejscu. Czego chcieć więcej. Bardzo pociesza fakt, że coraz więcej ludzi przychodzi nas posłuchać dlatego, że już gdzieś nas słyszało. Jeden człowiek przyznał się, że przyjechał aż z Tarnowa (czyli jeszcze dalej niż my) po to, aby nas wysłuchać na żywo.

Po koncercie, a także i przed, pojawiły się nowe perspektywy i nadzieje. Zatem się będzie działo. :) Póki co nie uprzedzę faktów, bo po co. Wszystko w swoim czasie.

Jak będzie dobrze, to naszą nową płytę będzie można posłuchać to tu, to tam. Dla czytelników tego bloga to nie problem, bo obiecałem udostępnić pliki za darmo, każdemu kto będzie tego pragnął.


Na koncercie w Pasterce, chociaż pierwszy raz z nami, ale z dużą przeszłością muzyczną, wystąpiła Martyna Węgrzyn. Oczywiście można jej głos również znaleźć na płycie. Zatem od tej pory, choć gramy w różnych konfiguracjach, Grupa ADSU oficjalnie, to kwintet.


Tyle na dzisiaj. Jak zwalczę technikę, to zamieszczę wywiad z nami z Radia Żak.
Idę świętować... 18 urodziny + VAT ;).

05 listopada 2012

Jeszcze jedno wspomnienie ze Srebrnej Góry...


Grupa Adsu widziana oczami karykaturzysty ze Srebrnej Góry ;). Kolejny prezent z pamiętnego festiwalu. A takiego jeszcze nie mamy.


05 lipca 2012

Pasterskie Anioły - Festiwal Sztuk Niebanalnych

No tak, nie napisałem wcześniej. Ale lepiej późno niż w ogóle ;). Świetna impreza w przepięknym miejscu ;). Mam nadzieję, że się tam zadomowi. Kto nie był, to niech za rok zawita. A tymczasem piosenka: Więcej na jutjubie :P.

09 grudnia 2011

Koncerty w miejscach z wyszynkiem.

Decyzja o zaprzestaniu występów w miejscach z wyszynkiem, rodziła się we mnie od kilku lat, ale ciągle nie mogła dojrzeć. Może dlatego, że było zapotrzebowanie na takie właśnie koncerty. Może dlatego, że do takich miejsc byliśmy zapraszani. A może też dlatego, że w takich właśnie miejscach jest luka na niszową muzykę...
Z innej strony patrząc, to gdzie teraz można znaleźć miejsce bez wyszynku?! Może w jakiejś szkole ;). Może przesadziłem. Takie czasy.

Może właśnie takie czasy nastąpiły, że ludzie nie potrafią już odpocząć i zrelaksować się bez "chemicznej" zmiany świadomości? A może za dużo wymagam od słuchacza? Tak. Za dużo. Jestem dinozaurem z dawnych czasów, gdzie ludzie przychodzili do kawiarni, aby przy herbatce posłuchać muzyki.

Ale zdarzyło mi się ostatnio z chłopakami zagrać koncert w Klubie Kuźnia (nie mylić z mordowniami, które nazywa się teraz klubami, w których można się "klubowo", czyli "kulturalnie" nawalić), w takim rasowym młodzieżowym klubie kultury. I była muzyka z tekstem, i byli słuchacze, i bisy były... Czasem zdarzają się takie koncerty.

W czasie występu nikt nie gadał. Nikt nie wychodził do toalety (w w/w "klubach"-mordowniach idzie się do kibla). Było natomiast porozumienie między sceną, a widownią. Ten przepływ energii, o którym marzy każdy wykonawca. Po prostu przyszli ludzie posłuchać. I tylko po to. Ciekawostką jest też to, że słuchaczy było więcej niż w niejednym miejscu z konsumpcją :).

Na pewno takich koncertów będzie dużo mniej, ale nie ilość się liczy. Wartości się nie obliczy w odróżnieniu od tego co się opłaca. Na pewno są jeszcze osoby dla których warto zagrać koncert z piosenką z tekstem. Nie ma co w to wątpić.

Ktoś, kiedyś, jakieś 2 tysiące lat temu powiedział: "Nie rzucaj pereł między świnie". :)
Tak piszę, gdyby ktoś pytał, czemu nie gramy już w miejscach z wyszynkiem...

13 kwietnia 2011

Wychowanie dzieci - "dzieci tamtych rodziców".

Czasem, gdy coś znajdę w sieci lub ktoś mi podrzuci, to nie mogę się oprzeć, by tu nie zamieścić. Tak też i tym razem. Może dzięki temu tekstowi, ktoś choć przez chwilę, potraktuje swoje dziecko normalnie.

Tekst skopiowany z bloga strzelca.

dzieci tamtych rodziców 2011-04-11 16:21:11

Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się

zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.

Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami.

My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.

W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.

Wspominany z nostalgią lata 80.

Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się

na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź,

matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu

szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się

pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).

Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny

pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.

Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad.

Ojciec postawił mu piwo.

Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec

twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.

Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał

chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni

maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

Nie chodziliśmy do pywatnego przedszkola.

Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju.

Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.

Z chorobami sezonowymi walczyła babcia.

Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.

Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody,

na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk,

zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.

Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę.

Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie

go w obowiązkach wychowawczych.

Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo - jak zwykle.

Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców.

Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.

Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną,

a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.

Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice

trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

Pies łaził z nami - bez smyczy i kagańca.

Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.

Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od presy" i poszliśmy z nim na

spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na

sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.

Mogliśmy dotykać inne zwierząta.

Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru,

Każdy dzieciak to wiedział.

Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską.

Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać,

mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy.

Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry.

A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.

Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką.

Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby.

Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą

stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza

gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.

Czasami próbowaliśmy to jeść.

Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności.

Nikt nam nie liczył kalorii.

Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze

strugi. Nikt nie umarł.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami.

Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.

Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą.

Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie

same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi

przechodnie i koledzy ze starszej klasy.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy

skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.

Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.

Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.

Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas „dobrze” wychować.

To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.

A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

10 listopada 2010

Dlaczego wybory mnie nie interesują?

Można by wiele napisać na ten temat, ale nie mam czasu. Póki co piosenka kapeli, która miała wpływ na moją młodość. Jak widać, chłopaki trzymają fason, mimo ogólnej grengolady muzycznej. Na szczęście nie dla wszystkich pieniądze są wyznacznikiem szczęścia :).

25 maja 2010

Znajomości z przeszłości odkopane.

Zwykle, gdy urwał nam się kontakt z kimś po latach, to rzadko zdarza nam się walczyć o to, by go odnowić. Oczywiście zależy to od dobrej woli, chęci, przypadku... No właśnie o przypadku chciałem tu nieco napisać.

Wczoraj zdarzyło mi się spotkać koleżankę, której nie widziałem lat już pewnie piętnaście. A i wcześniej nasze spotkanie było poprzedzone również kilkuletnią przerwą. Żadne z nas nie zabiegało o to spotkanie i w żadnym z nas nie pojawiła się nawet przez moment myśl, aby takie spotkanie zaaranżować. Nie mniej jednak do niego doszło.

I mimo, że pozornie w latach młodzieńczych nie mieliśmy ze sobą jakiejś specjalnej relacji, to jednak wczorajsza chwila rozmowy wybudziła w nas tak intensywne wspomnienia, że gdyby był czas, to pewnie rozmawialibyśmy o nich przez całą noc. Przez kilkanaście minut naszej rozmowy cofnąłem się jakieś dwadzieścia parę lat wstecz. I nie ważne były tu słowa. Chodzi raczej o nastrój i emocje, które tworzą takie wspomnienia, takie spotkania. I tylko my wiedzieliśmy o czym rozmawiamy i o kim, i o tym gdzie byliśmy.

W czasie minionych wakacji byłem z rodziną w Linach, miejscu gdzie zostawiłem swoje dziecięce i młodzieńcze zabawy. Powróciłem tam na chwilę jedynie, ale wspomnienie rozrywało serce. Mimo, że byłem tam z najbliższymi, to jednak nikt z nich nie przeżywał tego co ja. Tak właściwie, to emocjonalnie byłem tam sam. Sam patrzyłem na sosny i świerki. Sam oglądałem opadający kurz polnych dróg. Sam głaskałem trawę. Z nikim nie mogłem wdychać leśnego zapachu i odkrywać ścieżek sprzed lat. Wszystkie wspomnienia przygód w krótkich spodenkach przeżywałem sam.

Wczoraj przypomniałem o tych miejscach koleżance sprzed lat i wystarczyło kilka słów, a już wiedzieliśmy o czym rozmawiamy. Tak właściwie, to niewiele trzeba było mówić. I tak wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy myślami. Tam właśnie byliśmy. Automatycznie. Wszystko wróciło w ułamku sekundy. I ona wiedziała co przeżywałem nad jeziorem w Linach po latach. Czuła by tam to samo. Wczoraj czuła to samo.

I najśmieszniejsze jest to, że nikt z nas nie planował tego spotkania. Pokierował nami przypadek. Ale czy na pewno przypadek? :) Nie wiem. Na pewno będziemy w kontakcie. Teraz mamy wspólnych znajomych. Może znowu uda nam się kiedyś zatrzymać czas. Choćby na chwilę.

Starego pomostu na jeziorze w Linach czas nie oszczędził. Na wszystko przyjdzie czas. I na nas. Wykorzystajmy go zatem dobrze.

16 marca 2010

Relacja z "Powrotu do Korzeni" 2010.

Relację z festiwalu "Powrót do Korzeni" piórem Łukasza Jędrysa można oglądać tutaj.

12 stycznia 2010

Dwa weekendy.

Pierwsze dwa weekendy minęły pod znakiem muzyki, radosnych ludzi i poczucia dobrze spędzonego czasu. Czyżby cały rok tak się zapowiadał? Dobrze by było, bo czemu nie. Mimo, że pogoda nie do końca taka jak można by sobie wymarzyć, to jednak nie ma znaczenia. Już w czasach harcerskich, czyli bardzo dawno zauważyłem, że dobrze spędzony czas nie zależy od warunków atmosferycznych lub miejsca. W jakimś stopniu może, ale niewielkim. Ważniejsi są ludzie z którymi obcujemy.

W Kwiatonowicach było rodzinnie, ciepło, kolędowo. Mocno muzycznie i trochę narciarsko. Ale to też takie tylko otoczki, bo nastrój ludzi był czynnikiem podstawowym. W grupie kolędniczej, jak łatwo można zauważyć, byłem jednym z trzech króli. Aż dziw, że stara sukienka Magdy dziergana na drutach rozciągnęła się do moich rozmiarów, a nawet mogłem ją ubrać na kurtkę.
Data na zdjęciu nie adekwatna, to tylko błąd aparatu.



W Dolinie Chochołowskiej mimo deszczu i szarej mgły zagraliśmy głośny koncert dla przemiłej publiczności. I znowu pogoda nie miała tutaj nic do gadania jeśli chodzi o ludzkie radości. Na szczęście. Gdy spotkają się ludzie, którzy współbrzmią emocjonalnie, to cały świat im sprzyja. Tak też było w Schronisku na Polanie Chochołowskiej.

Wolontariusze z jednej z wadowickich szkół średnich kwestowali w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Alpiniści i ski-turyści odreagowywali wodę i deszcz zamiast śniegu w górach. My robiliśmy swoje, czyli z gitarami na szyjach i przed mikrofonami. Były piosenki, muzyka, brawa, tańce, licytacje. Wiele, wiele się działo.

Na tyle się działo, że za rok też chcemy tam pojechać. Bo warto.

06 stycznia 2010

Sprawy pozostawione same sobie...

... dążą do rozkładu. Działają przeciw nam. Niszczą wszystko co sobie wcześniej poukładaliśmy, choć myślimy, że tak już będzie zawsze poukładane. Być może jest to podobne do którejś z zasad termodynamiki, albo może jakiejś innej (nie pamiętam, bo termodynamika była w piątek na ostatnich dwóch lekcjach, więc my byliśmy z kolegami wtedy już w pociągu w kierunku na weekend w górach). Jakby nie było sprawy bardziej złożone bez kontroli z zewnątrz zawsze będą się rozprężać, niszczeć i rozkładać na mniejsze.

I nie dotyczy to jedynie namacalnych rzeczy, które jest w stanie objąć fizyka. Nasze sprawy również temu prawu się poddają, jak piłeczki wyrzucone na podłogę z wielkiego kosza. Gdy się to dzieje zwykle próbujemy je pozbierać machając, rękami tu i tam w popłochu. Rozdygotani i zmartwieni po jakimś czasie rezygnujemy. Siadamy, aby zebrać się do kupy lub nie.

Na szczęście jest jeszcze On, któremu możemy wszystkie (sic!) swoje sprawy oddać pod kontrolę. I na pewno jest to lepsza kontrola niż nasza. Warto zadbać o Jego sprawy w swoim życiu, choćby dlatego, że wtedy On zadba o moje sprawy. Przecież obiecał, a nigdy nie kłamie.

Nie da rady? Zapomni? Nie. Od milionów lat dba, aby każda z tysięcy planet biegała po swoim torze, aby żadna gwiazda nie zderzała się z inną gwiazdą. To dla Niego wysiłek? Nie! Po prostu On tak chce i tak jest.

Czy w związku z tym nie lepiej jest oddać swój mały kosmos Temu, kto wszystkie kosmosy trzyma od zawsze w wielkim porządku i spokoju. Lepiej... ale... to może później, bo teraz nie mam czasu, bo tyle spraw mi się rozchodzi, a tyle nowych jeszcze przychodzi. I kłopoty. I zima i to i tamto. Wszystkie te piłki rozbiegane we wszystkie strony. Muszę pozbierać. Sam.

No to zbieraj... ;)

05 stycznia 2010

Relacja z Jesiennej Edycji OSPY na Bereśniku.

Tak na nowy (k)rok i zachętę, aby być w tym roku na OSPIE. Relacja napisana przez Łukasza Jędrysa. Zanim wpadnie w inne serwisy informacyjne, niech ja będę pierwszy.
W tekst wmieszałem zdjęcia autorstwa Łukasza Polusa, który jeszcze o tym nie wie ;).
Łukasz P. jest też naszym akustykiem/nagłośnieniowcem od kilku edycji tego mini festiwalu.
Na drugim zdjęciu, oprócz organizatorów, gospodarz schroniska Remik Duda-Chrzanowski (w środku).

Oaza autorskiego spokoju

Jesienna OSPA 5-6 XII 2009 - relacja


Muszę przyznać, iż bardzo się ciszę, że są pewni ludzie, dla których muzyka to coś więcej niż powszechne "umyck umcyk" i "kocham cię bejbe". Cieszę, że są pewni ludzie, którzy bywają w górach z gitarą na ramieniu, pokonując kilometry
kolejnych szlaków. Cieszę się w końcu, że niektórzy spośród takich ludzi mają do tego zdolności organizatorskie i potrafią się zebrać. Nie po to, by się napić czy przejść się wspólnie w góry, ale po to by inni zobaczyli jak można stworzyć w gwarnym schronisku klimat, przy którym milkną nawet najbardziej rozgadani zawadiacy.
Ja spotkałem takich ludzi, ba, miałem przyjemność zagrać z nimi na jednym koncercie.

Koncercie, którego długo nie zapomnę. Była to jesienna OSPA zorganizowana w słynnej "Bacówce pod Bereśnikiem". Otwarta Scena Piosenki Autorskiej.
Już sam pomysł organizowania czegoś takiego spotkał się z mojej strony z szacunkiem, tym bardziej, że jako początkujący śpiewający autor staram się grywać tu i ówdzie, a wszystkie tego typu inicjatywy (amatorskie granie w którym stawiamy na klimat, a nie na konkursowe walki o nagrody) wręcz ubóstwiam. Ale sam pomysł to nie wszystko, więc jadąc na OSPĘ zastanawiałem się, czy organizatorzy podołają. Wcześniej nie słyszałem o koncertach w niewielkich schroniskach na szczytach, pod szczytami, na łonie natury, co musze przyznać w pierwszej chwili nastawiło mnie sceptycznie. Co prawda zaprosił mnie tam Włodzimierz Mazoń, którego miałem przyjemność poznać na wrocławskim przeglądzie Musica Poetica, więc znając jego muzykę zdawałem sobie sprawę, że poetyckiego klimatu na pewno nie zabraknie, ale przynajmniej po innych uczestnikach spodziewałem się "turystycznych piosenek, na dobre i na złe". Myliłem się. Już samo miejsce wprawiało w zdumienie. Niewielka bacóweczka pod samym szczytem góry, z zapleczem sanitarnym, kuchnią i kilkoma pokojami, a z niej widok na miasto(Szczawnicę), rzekę (Dunajec), Pieniny, Jarmutę, Durbaszkę, Tatry... Chyba już zawsze będę tam wracał, jeśli tylko organizatorzy nie zawiodą. A nie zawiodą.


Włodek Mazoń i Adam Suder to dwie osoby, którym zawdzięczamy OSPĘ. Nie tylko jesienną, ale także inne, zimową w Krakowie, letnią w schronisku na Rycerzowej, albo wiosenną w schronisku na Kudłaczach. Co sami panowie powiedzieli otwierając imprezę, koncert na Bereśniku był już siódmą OSPĄ z kolei, świadczy to o tym, że piosenka autorska spotyka się z jakimś zainteresowaniem (co dobrze wróży, bo zwykle traktowana jest w naszym kraju nieco po macoszemu). Tu warto zaznaczyć, by nie mylić tego rodzaju muzyki z nurtem poezji śpiewanej. Tutaj sam autor ma śpiewać, sam ma przedstawić swoje teksty. W piosence autorskiej nie ma miejsca na czterdziestą dziewiątą wersję "Wędrówką życie jest człowieka" Stachury, czy wierszy-piosenek
Różewicza. Z jednej strony to wielki pozytyw, bo młodzi autorzy w końcu mogą się śmiało zaprezentować, z drugiej strony jeszcze bardziej zawęża to nurt "Krainy Łagodności", który do zbyt rozległych nie należy. Na szczęście Włodzimierz i Adam dobierając artystów zadbali o to, by publiczność nie była zmuszana do słuchania kolejnego smutnego pana z gitarą dzięki temu zaserwowali tak zróżnicowane menu, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie.



Jako pierwszy wystąpił Maciej Czernecki, autor z Krakowa i pasjonat gitary. Publika (jak to zwykle bywa na koncertach, na których publiczność jest w dużej mierze przypadkowa) w pierwszej chwili zupełnie zignorowała osobę Maćka, dlatego zrezygnował z jakichkolwiek zapowiedzi. Po prostu zaczął grać. A publika posłusznie zamilkła i zaczęła słuchać. Już od pierwszych chwil widziałem, że Maciek ma duszę rockmana, ogromne zdolności instrumentalne i przyjemny dla ucha wokal z nietypową manierą. Dochodziły do tego dobre teksty, niektóre głębsze, inne wywołujące uśmiech na twarzy ( piosenki o pożegnaniu z gitarą i o pani z urzędu skarbowego, były bardzo inteligentne, zwłaszcza ta druga, celnie wytykająca przywary tej instytucji i stosunek doń przeciętnego zjadacza chleba). Wielu pozostało zawiedzionych brakiem bisa, bo jedno mogę powiedzieć - fanów Macieja Czerneckiego na pewno po tym koncercie przybyło. Kiedy schodził ze sceny nie spodziewałem się już turystycznych...".
Niczego się już nie spodziewałem. Po prostu chłonąłem.


Drugi zagrałem ja. Cóż, nie jestem specem w pisaniu o sobie, mogę powiedzieć jedynie, że koncert uważam za udany wobec własnych. Jakiś chłopak zaprosił dziewczynę do tańca (nie wiem czy tu działał alkohol czy po prostu gram disco-dance:)) Przyjęty zostałem przez publiczność również ciepło. Żyć nie umierać po prostu. Miałem też przyjemność zagrać bisa, w którym złamałem niestety prawo OSPY przedstawiając nie swój utwór (tak to jest jak autorskich ma się jedynie kilka). Po występie spotkała mnie miła rzecz, która uświadomiła mi, że ludzie jednak słuchali. Po prostu kilka osób podeszło popytać o jakieś nagrania, youtube i inne tego typu wynalazki...

Po mnie wszedł na scenę Włodek Mazoń z małżonką Renatą. Włodka granie już znałem, więc wiedziałem, czego można się po nich spodziewać. Mimo to zostałem zaskoczony niesamowitym lirycznym klimatem jaki podał nam ten duet. Głęboki, chrypiący głos Włodka i lekkie chórki Renaty to coś co chodziło mi po głowie jeszcze długo po zakończeniu OSPY.
Warstwa tekstowa to jak sam Włodek powiedział "proste śpiewanie o miłości", jednakże mimo tej pięknej prostoty czujemy tutaj głębię. "Chwila", która spotkała się ze sporym uznaniem publiczności mogłaby się znaleźć spokojnie w pierwszej trójce bereśnikowej The Best of, gdyby takowa niegdyś się ukazała czego z całej siły Włodkowi życzę. Wrażenie było fenomenalne. Jedyne co mnie zabolało, to to, że publiczność w dalszych rzędach pobudzona występem Maćka (energicznie) i moim (też energicznie) jakby się wyłączyła. Na szczęście tylko na początku.


Koncert zamknął Adam Suder z towarzyszącym mu Wiktorem Kuną, czyli zespół ADSU. Cóż, tu muszę się przyznać bez bicia, że na czas pierwszej piosenki wyszedłem na papierosa (w życiu bym nie pomyślał, że tak szybko można zacząć grać, wielki szacun dla ADSU!) i nie widziałem reakcji ludzi na pierwsze dźwięki ich muzyki. Wróciłem jednak w czasie ogromnego aplauzu i już wiedziałem, że będzie co najmniej dobrze. Było nawet lepiej. ADSU charakteryzował się pięknymi, zaskakującymi melodiami, tekstami balansującymi od lirycznych rozważań, poprzez życiowe "spostrzeżenia, aż do drapieżnych ostrzeżeń i apeli by się rozejrzeć i ogarnąć (na przykład w "Supermarkecie", który też widzę na The Best OF:P), a wszystko to okraszone niesamowitym pianinem Wiktora i gitarą Adama. Momentem kulminacyjnym całego wieczoru był "Bereśnik", piosenka traktująca o miejscu w którym graliśmy, wzruszająca i piękna, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że co wrażliwsze niewiasty uroniły łzy. A potem jeden krótki bis i koniec OSPY... chyba, że after party też się zalicza:P



To co stało się pod Bereśnikiem w nocy z 5-6 grudnia, zapadło mi w pamięć i zostanie tam długo. Bacówka, osoby, które tam spotkałem i piękna muzyka sprawiły, że gdy następnego dnia trzeba było wrócić do szarej codzienności zmarkotniałem. Czułem się jakbym wyjeżdżał ze słynnej oazy spokoju, której każdy szuka, a niewielu znajduje.
Dla ludzi, którzy kochają góry samo to miejsce jest niesamowite, a gdy ktoś do tego poszukuje przeżyć nieco głębszych niż wizyta w kinie na kolejnej części "Transformers", to powinien OSPĘ odwiedzić. I jesienną, i zimową, i każdą jaka będzie.



Łukasz Jędrys

18 grudnia 2009

Znalezione w sieci.

Tak wspominając magiczny wieczór ostatniego ospowego Bereśnika poszukiwałem nieco tamtych chwil w sieci i skojarzyłem, że coś ostatnio o zdrowiu częściej napominam. I nie tylko poprzedni post jest jakby tego dowodem, ale i też nagranie z Bereśnika znalezione w sieci:



No to jak już nam tak wspomnieniowo idzie, to jeszcze tytułowy Bereśnik:



Jak ktoś będzie chciał drążyć dalej, to już niech sobie sam znajdzie.

05 października 2009

Kiedy już będę dobrym człowiekiem

To tak po popołudniu spędzonym z ostatnim prawdziwym wielbicielem Chłopców z Placu Broni. Jakoś nie mogłem się oprzeć...

22 września 2009

Jak napisać piosenkę - talent.

No dobra, poddałem się, bo o talencie pisać nie chciałem. Zwykle unikam tego tematu, bo brak talentu, to podstawowa wymówka do tego, aby czegoś nie robić. "Chciałbym, ale nie umiem" i temat załatwiony tym krótkim zdaniem. Bzdura, bzdet, głupota. A niby skąd będziesz umieć jak nie z tego, że się za to zabierzesz?

Nie mówię, że ten mityczny talent, to rzecz niepotrzebna. Wiadomo, jak to jest, to wystartować łatwiej, ale nie musi być go nie wiadomo ile. Tak właściwie, to odnosi się to do wszystkiego. Nie tylko do tematu obranego przeze mnie.

Mam kolegę, który przed laty zapragnął być sportowcem i to nie byle jakiej profesji, bo jednej ze sztuk walki. Gdy się pojawił w sekcji jako kilku letni chłopiec, to trenerzy bali się o jego zdrowie i mówili, że nic z niego nie będzie. Traktowano go bardzo ulgowo i jakby na marginesie. Nie chcąc robić mu przykrości czekano, aż sobie pójdzie po kilku tygodniach. Słabowity, chorowity blondynek o nieskoordynowanych ruchach. Beztalencie. Miał natomiast jedną bardzo ważną cechę, która zamieniła owe beztalencie w mistrza, a po wielu latach w olimpijczyka. Mowa tu o pracowitości, regularności i samozaparciu w dążeniu do celu.

Ile to ludzi zaczynało kurs, szkołę, naukę i kończyło za chwilę dlatego bo... "ja nie umiem!". A co miałbyś człowieku w tej szkole robić jeślibyś umiał? Ci co umieją są nauczycielami. Lenistwo i ułuda, że samo zapisanie się gdzieś wystarczy, by posiąść jakieś umiejętności są przyczyną twojej klęski. Niestety coraz częściej można zauważyć te tendencje u młodych ludzi. Może dlatego tak wielkie ich zainteresowanie telewizją i komputerem. Przy tych sprzętach nie wiele trzeba robić ;).

Podsumowując: talent - to tylko znikomy procent, reszta to tylko praca. Dla jednych wielka, dla drugich ledwo kiwnięcie palcem.
Ale jakby nie było, lepiej nie wyważać otwartych drzwi. Trzeba też popatrzeć na to z rozsądkiem. Przecież nie każdy musi być piosenkopisarzem. Ale tu już mowa o tym, czy tego chcę, czy nie. I jak mocno chcę. I tak niechcąco zawiązał mi się nowy wątek w tym temacie :).

17 września 2009

Szkoła socjalistyczną indoktrynacją.

Taki napis znalazłem w opisie pewnego piętnastolatka, który jest synem mojego kolegi. Ot, piętnaście wiosen, a jaka świadomość! Szkoda, że 95% dorosłych ludzi naszego kraju myśli, że teraz żyjemy w kapitalizmie :D.

I choć od '89 wiele się zmieniło, to ciągle możemy jedynie głosować (nie mylić z wybieraniem) na socjalistów różniących się między sobą tylko tym, że są wierzący-praktykujący lub mniej wierzący, albo w ogóle są spadkobiercami tych sprzed '89. Jeden worek, wszystko socjalisty jedne.

Starczy, bo polityką zajmuję się tylko raz na dziesięć lat ;). Niemniej jednak napis chłopaka mnie rozbawił. Ciekawe ilu jego kolegom da do myślenia. Pewnie żadnemu, bo socjalistyczna lawa z telewizorów, kin i gazet do granic wypełniła ich myślenie.

Dzięki temu postowi przypomniała mi się jedna piosenka z młodszych lat (kiedy Kultu słuchałem do bólu), która i na mnie miała wpływ. Może i komuś teraz otworzy oczy i pod jej wpływem wywali z domu telewizor :P. Uwaga na przechodniów na dole :).

14 września 2009

Gitarą i Grulem - ostatni podmuch lata.

I nawet jeszcze nie zdążyłem napisać relacji z minionej III OSPY na Rycerzowej, a już po raz drugi tego lata pojawiłem się tamże. Tak, lata, bo mimo września, to jeszcze lato czuć w górach. Słońca wprawdzie niewiele widać, ale jego ciepło jest odczuwalne, a i zieloność dość obfita, aby o jesieni jeszcze nie myśleć.

W miniony weekend gitary i grula (ziemniaka), było pod dostatkiem. Nie myślę, aby ktoś wyjechał niedosycony przez te dwa obiekty zawarte w tytule imprezy. Grula o północy wpadło dwa worki w ogień, a gitarowe muzykowanie trwało i trwało, praktycznie od rana do... rana i jeszcze i jeszcze.

Jest w tym śpiewaniu i muzykowaniu wspólnym jakaś tęsknota za czymś, za kimś. Obracająca w niwecz setki kilometrów przejechanych w niezbyt komfortowych warunkach, a potem dająca siłę nogom i ramionom, aby przejść kilka godzin z ciężkimi plecakami i instrumentami. Nie myślę, aby znalazł się ktoś z ponad setki uczestników Gitary i Grula, kto mógłby powiedzieć, że ten wysiłek poszedł na marne. Na szczęście (sic!) ten wysiłek eliminuje ludzi, którzy tam właśnie nie powinni się znaleźć. Dla nich całe zamieszanie z tym związane jest nie zrozumiałe. I niech tak pozostanie.

A na koniec jeszcze zdanie, które przed chwilą wpadło mi przed oczy, a jako, że nie chciałbym go zapomnieć, to zamieszczam tutaj: "Wędrówka- jakakolwiek, to poszukiwanie, gdy tak naprawdę nie wiemy czego szukać." Nie mogłem koło niego przejść obojętnie. Co bardziej wnikliwi znajdą jego powiązanie z tym co napisałem powyżej.

Przy następnej okazji może uda mi się wylać trochę wspominek z ostatnich wakacji, które o dziwo różniły się nieco od poprzedniczek.

09 lipca 2009

III OSPA na Rycerzowej - już po. Pisanie/słuchanie piosenek jak trądzik.

Nie wiem, czy zaraziliśmy kogoś do pisania piosenek, choć jednym z naszych zamiarów na OSPIE jest właśnie to. Jeśli za rok, ktoś do nas zawita i powie, że byliśmy dla niego inspiracją, to ucieszy mnie wielce.

Tym razem, żadna burza nie zniszczyła nam nocnego nastroju i wszystko odbyło się do końca.

Ja ze swojej strony cieszę się, że w koncercie pomógł nam Maciek Czernecki, którego namawiam do wspólnego grania już prawie trzy lata. Ciągle zasila nas tylko z doskoku, ale pewnie ma ku temu jakieś powody. Może kiedyś się uda.


Chciałem jeszcze poruszyć temat pisania piosenek nawiązując do tego trądziku w tytule, ale po chwili zastanowienia pomyślałem, że porównanie może nie jest do końca trafne. Chociaż... jak już zacząłem...

A bo trądzik pojawia się w wieku lat kilkunastu, więc w czasie, gdy ludziom otwiera się myślenie na sprawy nieco cięższe, ważne. I niektórym to zostaje na dłużej (jak trądzik), ale większości spętanym w pogoni za nowymi doznaniami takie myślenie zostaje zabrane. Nawet na tyle, że nie zostaje nic. No może jakieś nieznaczne blizny (jak w przypadku trądziku).

Są jednak osoby, którym zamiast blizny się zasklepiać, to pojawiają się coraz to nowsze pomysły (w przypadku trądziku nowa wysypka). I nie mówię tu jedynie o artystach różnego kalibru i sposobu. Są ludzie, którym coś doskwiera, ale nie mają potrzeby tego uzewnętrznić. Wystarczy im doświadczyć tego w sztuce i pracy innych.

W naszych realiach jest to pisanie i słuchanie piosenek. I taką zarazę chcemy rozsiewać jeżdżąc z OSPĄ. Dołączcie do grona piosenkopisarzy OSPY, albo do naszej publiczności! Pokażcie, że świat jeszcze do końca nie stwardniał!